Rozmowa z Barbarą Sołdon, Naczelną Pielęgniarką w Szpitalu Specjalistycznym Brzeziny

Szpital ma szefa medycznego, każdym oddziałem kieruje ordynator, na każdym oddziale jest pielęgniarka oddziałowa. W szpitalu jest jednak jeszcze pielęgniarka naczelna. Dlaczego ?
Ponieważ aż 60 procent wszystkich pracowników szpitala to pielęgniarki i położne. Ich pracą  zarządza pielęgniarka naczelna. Pielęgniarki oddziałowe  koordynują pracę pielęgniarek lokalnie, na poszczególnych oddziałach. Dlatego musi być ktoś, kto widzi ten personel całościowo – jak mówiłam ogromna i bardzo ważna grupa pracowników, bez której nie moglibyśmy funkcjonować – z poziomu całego szpitala. Ktoś organizuje pracę tego personelu tak, by pacjenci byli bezpieczni, mieli dobrą opiekę pielęgniarską. Ktoś, kto wie, na którym z oddziałów może na przykład zabraknąć pielęgniarek, gdzie będą potrzebne nowe, bo zmienia się organizacja szpitala. Kto dba o ich ciągły rozwój, obowiązkowe samokształcenie, wymaga od nich tego.

Pielęgniarka naczelna zarządza także pracą personelu pomocniczego pracującego w oddziałach szpitalnych: salowych, personelu sprzątającego. Odpowiada ponadto za zaopatrzenie oddziałów w bieliznę szpitalną, za wyżywienie chorych i stan higieniczno-sanitarny Szpitala.

Sporo, jak na jedną głowę. Żeby być pielęgniarką naczelną pewnie trzeba mieć dodatkowe – obok – pielęgniarskiego wykształcenie ?
Trzeba mieć ukończone studia wyższe, obowiązkowo trzeba też mieć wykształcenie pielęgniarskie – mogą to być magisterskie studia pielęgniarskie lub licencjat z pielęgniarstwa, a dyplom magisterski na przykład z pedagogiki, promocji zdrowia czy innej pokrewnej dziedziny. Do tego wymagana jest jeszcze specjalizacja z pielęgniarstwa lub studia podyplomowe z organizacji i zarządzania. Oczywiście nie od razu zostaje się pielęgniarką naczelną, zaczyna się od  pracy na stanowisku szeregowej pielęgniarki.

Kiedy zaczęła Pani pracę w tym zawodzie ?
Prawie 40 lat temu – w 1978 roku, w szpitalu im. Brudzińskiego w Łodzi, obecnie jest to Szpital Zakonu Bonifratrów. Byłam po średniej szkole pielęgniarskiej, ale po dwóch latach pracy zdecydowałyśmy z koleżanką, że rozpoczniemy studia pielęgniarskie – wtedy był wymóg, że studia pielęgniarskie można rozpocząć dopiero po minimum dwóch latach stażu w szpitalu. Dostałyśmy się na studia w Śląskiej Akademii Medycznej. Skończyłam je w 1984 roku.

Ponieważ mąż znalazł zatrudnienie w Rogowie i musieliśmy się tu przeprowadzić, ja  znalazłam pracę  w Skierniewicach, w Wojewódzkim Ośrodku Metodyczno-Organizacyjnym. Ciągnęło mnie do pracy w szpitalu, w oddziale, to najbardziej mnie interesowało, ale po studiach zaproponowano mi pracę w skierniewickim ośrodku. I po latach mogę z całym przekonaniem powiedzieć: nie żałuję, że się tak stało. Bo w Skierniewicach w ciągu pięciu lat dostałam doskonałą szkołę pracy w administracji. Zdobyłam nowe kwalifikacje, które przydały mi się później, kiedy zaczęłam administrować pionem pielęgniarskim w szpitalu.

Zarządzanie siłą rzeczy wiąże się z odsunięciem od codziennej pielęgniarskiej praktyki. Czy po jakimś czasie nie traci się uprawnień do wykonywania zawodu pielęgniarki ?
Kiedyś tak było, ale obecnie praca w administracji szpitala nie wiąże się z utratą uprawnień.
U mnie w ogóle to zarządzanie, administrowanie i pielęgniarstwo ciekawie się przeplatało. Bo przez jedną kadencję byłam pielęgniarką naczelną, potem znów pielęgniarką w oddziale szpitalnym i znów pielęgniarką naczelną. To mi pozwoliło utrzymać kontakt z zawodem.

I pewnie nie tylko w kontekście uprawnień, ale też życia problemami pielęgniarek, rozumienia, kim Pani zarządza, jakie problemy jako menadżer rozwiązuje ?
To główna korzyść. Powiem więcej – ta przerwa w pracy w administracji uświadomiła mi jak ważny jest kontakt z zawodem w praktycznym wydaniu. Do tego stopnia, że obejmując obowiązki pielęgniarki naczelnej po raz drugi od czasu do czasu pracuję normalnie na dyżurach  pielęgniarskich na szpitalnym oddziale. Dzięki temu sprawy, którymi administruję, problemy, z którymi przychodzą do mnie pielęgniarki znam nie tylko z opowieści. Można powiedzieć, że nie zarządzam tylko zza biurka. A do tego wciąż jestem – nazwijmy to – w dobrej medycznej formie, bo medycyna się rozwija, są nowe technologie medyczne, leki, sposoby leczenia, diagnostyka, w tej pracy  ważne są też umiejętności instrumentalne.

Gdyby Pani ponownie mogła wybierać, w jakim zawodzie chce pracować, to znów byłoby to pielęgniarstwo ?
Pewnie tak, choć bywały takie chwile, że zżymałam się na siebie za wybranie tego zawodu.

Dlatego, że to ciężka praca na zmiany, że jest się poza domem cały dzień albo noc i nie bardzo widać profity ?
Patrząc „rynkowo”, to tu profitów raczej nie ma. Tu decyduje coś co nazywamy, może troszkę na wyrost, powołaniem do zawodu, a co ja bym nazwała predyspozycjami. W moim przypadku to była chęć pomagania ludziom i jeszcze coś – mnie zawsze intrygowała i nadal intryguje druga osoba. Ale na pewno trzeba kochać ludzi. I godzić się na niedogodności, jakie są związane z wykonywaniem danego zawodu. A te niedogodności, koszty bywają czasem spore, biorąc pod uwagę na przykład życie rodzinne.

Czy był w Pani pielęgniarskiej praktyce taki dzień, dyżur, który zapamiętała Pani na całe życie ?
To był mój pierwszy dyżur świąteczny – 1978 rok szpital im. Brudzińskiego, Boże Narodzenie, byłam pielęgniarką od czterech miesięcy. Pracowałam w oddziale internistycznym z intensywnym nadzorem kardiologicznym. U jednego z pacjentów w wieku około 50 lat doszło do zatrzymania krążenia. Reanimowaliśmy go dwie godziny, ale pod koniec dyżuru nam zmarł. Nie potrafiłam dać sobie z tym rady. Miałam wieczorem umówione spotkanie ze znajomymi, czekali na mnie, a mnie łzy ciurkiem ciekły po twarzy. Nie nadawałam się do niczego. Nie zapomnę tego dyżuru, tych świąt, żalu, że nie udało się uratować tego młodego przecież jeszcze człowieka.

W takich sytuacjach też pewnie przydaje się doświadczona przełożona pielęgniarek, która podpowie, jak radzić sobie w takich sytuacjach, by – współczując – umieć znów przyjść do pracy i nadal pomagać ludziom.
Naturalnie, to przede wszystkim zadanie każdej oddziałowej, ale także pielęgniarki naczelnej. Ten kryzys w pracy pielęgniarki może przyjść nie tylko poprzez trudną sytuację związaną z tym, że nie zawsze udaje się pomóc pacjentowi, ale także poprzez zniechęcenie, zmęczenie tą ciężką pracą. Gdy to widzi przełożona, słyszy, że któraś z pielęgniarek narzeka, że już „nie wytrzymuje, że ma dość”, to powinna reagować. Ja starałam się wtedy odciążyć taką osobę, tak ułożyć grafik, żeby miała tydzień wolnego, żeby odpoczęła, nabrała dystansu, świeżości, zmieniła spojrzenie, na to co robi. To działa!

Bywa tak, że ktoś może nie bardzo nadaje się do wykonywania tego zawodu? Co wtedy Pani robi ?
Są takie sytuacje. Pielęgniarstwo wymaga pewnych cech osobowych, a pewnych nie toleruje. Mówiłam, że trzeba kochać ludzi, chcieć im pomagać. Ale jest to też praca w zespole i to w tym zawodzie nabiera szczególnego znaczenia. Jeśli ktoś jest bardzo zapatrzony w siebie, to z reguły nie będzie umiał dobrze  współpracować z zespołem. Nie będzie umiał zbudować dobrych relacji, dobrej atmosfery, poczucia pewności, że mogę liczyć na koleżankę, że mnie zna, wesprze, nawet jeśli jej o to nie poproszę. I wie, że ja też to zrobię, że ja  też patrzę dalej niż czubek mojego nosa.

A jeśli ktoś tego nie potrafi ?
Próbujemy coś poradzić – zmieniamy zespół, oddział. Bo czasem to kwestia składu osobowego w danym miejscu, szefa. Bywa, że po zmianie, czasem trzeciej, wszystko zaczyna dobrze działać. Jeśli nie, to – jeżeli jest taka możliwość – staram się kierować taką osobę na samodzielne stanowisko.

Musi być Pani też troszkę psychologiem ?
Troszkę tak, można tak to nazwać.

Jak już Pani wyjdzie ze szpitala, to co Pani lubi robić? Gdzie najlepiej Pani odpoczywa ?
W ogródku – od wiosny do późnej jesieni mogę w nim „grzebać na okrągło”, najbardziej kocham moje róże. I góry… Uwielbiam chodzenie po górach.

Dziękuję za rozmowę.